Ósmy rok Adama - zapisuje Mama
Blog > Komentarze do wpisu

Od piernika do pianina

Jeśli ktoś w naszym domu ma zatrucie pokarmowe, to znak, że niechybnie zbliżają się święta Bożego Narodzenia. W ub. roku ja przespałam niemal całą wigilię wigilii. W tym roku Adam wybrał sobie (niechcący oczywiście) dzień szkolnej celebry świąt. Na pierwszej szkolnej imprezie czuł się całkiem dobrze: śpiewał. podżerał słodycze, nabijał pomarańczę goździkami. Nawet ja wyrwałam się z dyżuru na godzinkę do klasy, żeby połamać się opłatkiem z dzieciakami, a na posterunku zostawiłam babcię, która przyjechała w tym roku wcześniej. Na drugiej imprezie, w szkole muzycznej, Młody był już trochę niewyraźny i co chwilę ziewał, ale wzięłam to na karb popołudniowej zniżki formy, której ja doświadczam niemal zawsze, o ile nie wypiję drugiej kawy.

Czekał na tę klasową wigilię, w przeddzień piekł z babcią pierniczki, a razem dekorowaliśmy je lukrowymi pisakami, wyżywając się artystycznie. Wystroił się w białą koszulę, spodnie od garnituru i muchę i poszliśmy do szkoły. Zobaczyłam trochę pokazowej lekcji rytmiki (dryl jak w wojsku, ale dzieciaki, widać, już przyzwyczajone), potem znów obżarstwo, bo każde dziecko coś przyniosło do jedzenia. Pierwszaki grały kolędy jak kto umiał i na czym umiał, podjadały słodycze. Ja znów przywołałam na pomoc babcię, bo musiałam wracać do komputera. No i ominęło mnie najgorsze. W pewnym momencie Adaś zbladł i nieoczekiwanie w tej pięknej atmosferze... zwymiotował na stół. Moja mama ratowała sytuację, z pomocą pani i papierowych ręczników. Ja po telefonie galopem do szkoły, wściekła na całą sytuację i na ilość zjedzonych słodyczy w tym dniu. To jednak nie wina obżarstwa - Adam się po prostu czymś struł i przechorował całe popołudnie i pół nocy. Dzielnie poszedł jeszcze na lekcję pianina i nawet zmobilizował się do zagrania "Wiewiórki", ale już potem był totalnie nie do życia.

W piątek rano słaniał się na nogach i nie poszedł do szkoły, natomiast po południu zjadł trochę żurku i dostał takiego powera, że trudno go było położyć spać o przyzwoitej porze. Nakręcił się i pobił swój rekord dzienny w częstotliwości grania na pianinie, wytrwale ćwicząc kolędy na dwie ręce. Zajrzeliśmy chwilę na koncert Krystyny Giżowskiej w Alei Róż, ale Młody po kilku piosenkach zarządził powrót, twierdząc, że mu zimno. Natomiast babcia została do końca i świetnie się bawiła do tego stopnia, że chciała kupić od piosenkarki płytę z autografem, ale niestety zabrakło. Za to my zabraliśmy się za ubieranie choinki z meczem piłkarek ręcznych w tle. Polki przegrały, ale na pociechę choinka wyszła pięknie przystrojona. Kiedy Adam gra kolędy, mając rozświetloną choinkę za plecami, robi się niezwykle uroczyście, czuć, że już święta.

Trochę ocalałych pierników schowałam, ciasto kupiłam. Mnie też wirus dopadł, na szczęście w łagodnej postaci, więc do prawdziwej wigilii zasiądziemy, mam nadzieję, w dobrym zdrowiu. Będzie barszczyk z pierogami zamiast z uszkami, a te wyjątkowo własnej produkcji, i trochę z przypadku, gdyż powstały na zasadzie "w tym domu nic nie może się zmarnować" (farsz z wkładki na rosół). Ryby też już się mrożą, opłatek kupiony tydzień temu. Chyba wszystko mam oprócz posprzątanego mieszkania. Zatem idę pucować kuchnię i życzę wszystkim, którzy zaglądają na ten blog zdrowych i spokojnych świąt Bożego Narodzenia.

poniedziałek, 23 grudnia 2013, monilia

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: