Ósmy rok Adama - zapisuje Mama
Blog > Komentarze do wpisu

Życie jest czadowe...

Motyw przewodni z filmu "Lego Przygoda (Movie)" ryje beret i już nie możesz się od niego uwolnić. Miałby szansę zostać wielkim przebojem w jakimś radiu "Kreska hit". Już widzę te rytmiczne podrygiwania ludzików działających wg instrukcji współczesnych prezesów Biznesów, szefowych Mamon i specjalistów od HR i PR mówiących "jak żyć". Cholera, ciężko dziś być Architektem swoich marzeń.

Adam zachwycony oczywiście warstwą fabularno-wizualną obrazu, i przyznam sama, że film dobrze zrobiony, a poza tym daje trochę dorosłym do myślenia. Uświadomiłam sobie, ile to razy marudziłam Młodemu, że zestawy klocków są w częściach, a nie poskładane wg instrukcji. To najszybszy krok do zabijania kreatywności. Obiecałam sobie, że już nie będę, a przynajmniej nie tak często.

Ten film obejrzany w kinie to był żelazny punkt naszego programu na ferie. Jako że nigdzie nie wyjeżdżaliśmy na dłużej, starałam się Adamowi maksymalnie zrekompensować siedzenie w Krakowie. Śnieg zaczął topnieć w błyskawicznym tempie od pierwszego dnia wolnego, więc popłynęły plany zjeżdżania z górki pod NCK. Musiałam znaleźć alternatywę. A ja nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z ofert muzeum. I tak: zaliczyliśmy wykład o historii teatru w Nowej Hucie w placówce MHK na Słonecznym, zajęcia "Uroczystości koronacyjne Jagiellonów" na Wawelu, gry i zabawy w Domu Zwierzynieckim, ostatnie warsztaty półrocza w ramach Akademii Małego Odkrywcy w Aptece pod Orłem, zajęcia "Mózg, Sztuka i Nauka" w MCK; zabrakło sił na Muzeum Armii Krajowej.

Do tego Młody z tatą obejrzeli przedstawienie "Super Piotruś Pan" w ramach Festiwalu Teatrów Dziecięcych w NCK, pojechali na basen do Wieliczki, a ja zaszalałam i wyciągnęłam syna na "Balet o kawie" do Teatru Ludowego, Nawet mu się podobało, mimo że całe przedstawienie składało się z układów tanecznych do muzyki J. S. Bacha.

Na Wawelu zajęcia odbywały się w Skarbcu, u podnóża Szczerbca, w Katedrze przy konfesji św. Stanisława i w salce edukacyjnej, gdzie dzieci inscenizowały uroczystość koronacyjną. Adamowi przypadła rola Arcybiskupa, który był właściwie mistrzem całej ceremonii i miał najwięcej do powiedzenia. Dzielnie uniósł rolę, mimo że była dla niego zaskoczeniem i udało mu się nawet nie potknąć w przydługiej szacie. Byłam pod wrażeniem. W Domu Zwierzynieckim bawiliśmy się kapitalnie, gdyż jako stali bywalcy i sympatycy tego miejsca otrzymaliśmy pozaprogramowe warsztaty indywidualne. Graliśmy w cymbergaja, kapsle i w pikuty, rzucaliśmy skarpetową piłką i pieniążkiem do celu. Kupiłam katalog z wystawy i Młody miał ubaw czytając słowniczek gwary przedmiejskiej. Wiecie, co to znaczy "walić w klarnet"? (Przy okazji nowej lektury syna musiałam się wyłgać, że "dom publiczny" to rodzaj obskurnej kawiarni). W Aptece pod Orłem więcej było zabawy niż martyrologii. Na koniec robiliśmy świeczki, malując szklanki farbą witrażową (znów, podobnie jak po warsztatach szopkarskich, straszyłam krwawymi zaciekami na palcach), następnie prowadzący dosypywał wiórków woskowych, a na koniec odczytywaliśmy tekst zapisany alfabetem sympatycznym. Po serii pożarów, jaką spowodowali starsi chłopcy (ugaszonych zanim włączyły się czujniki) stwierdziłam, że trzymaniem kartki nad płomieniem zajmę się ja :)

Odwiedziliśmy też przedszkole. Adam z sentymentu uronił łezkę. Dawne wychowawczynie przepytały go na okoliczność nowych szkół i sprawdziły z umiejętności gry na pianinie. Młody nie skrewił i zagrał z pamięci "Piosenkę o konikach polnych". Raz na totalnie rozstrojonym pianinie, drugi na stojąco. Obie panie plus dyrektorka niezależnie od siebie zaproponowały mu na wiosnę występ w przedszkolu. Adaś nie odmówił. Może jeszcze Alę, która jest w szkole muzycznej, uda się dokooptować i będzie "koncert absolwentów".

Jeszcze wspomniane kino, jeszcze pizza w walentynki, jeszcze zabawa w Anikinie, gdzie spotkali się dwaj starzy kumple Adasie dwaj i szaleli przez dwie godziny, bawiąc się w "dawno temu w odległej galaktyce". Jeszcze zachwyt igrzyskami w Soczi i godziny spędzane przed telewizorem na oglądaniu poszczególnych konkurencji, niekoniecznie musieli brać w nich udział Polacy. Jeszcze ja pojechałam do Warszawy, którą nie zdążyłam poddychać, gdyż siedziałam albo w biurowcu, albo w kawiarni (dzięki Iza za spotkanie). Tylko dwukrotne przebieganie wzdłuż PKiN-u dało mi odczuć, że jednak jestem w stolicy. Rozmowa z szefostwem owocna, idzie ku lepszemu. Jeszcze trochę przeczytanych książek. Nie da się zaprzeczyć, to były najbardziej czadowe ferie w życiu.

niedziela, 16 lutego 2014, monilia

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu: