Jestem Adaś, mam 5 lat i poznaję z Mamą świat
RSS
czwartek, 19 stycznia 2012

Wyjęłam ze skrzynki tydzień temu. Rozkleiłam i na razie odłożyłam na półkę. Będę się delektować wieczorem - wtedy, gdy: nie będę pracować, prasować, budować z Lego, czytać na dobranoc, myć i usypiać, kiedy nie usnę sama wykręcona na tapczanie o łącznej długości 160 cm, kiedy nikt nie będzie niczego ode mnie chciał. Czyli nieprędko :)

A na razie polecam. Dwa teksty "maskonurowe" też tam są.

Antologię można kupić tutaj

Więcej o MBL na specjalnym blogu

lub krótko tutaj

środa, 18 stycznia 2012

Przez ten nasz poświąteczny wyjazd, Adaś zaliczył w tym roku dwie wizyty duszpasterskie (u nas i u babci). Był bardzo spięty. Chyba bał się, że księża zaczną go odpytywać ze znajomości pacierza. Na wszelki wypadek przećwiczyliśmy umiejętność przeżegnania się odpowiednią ręką (choć i tak ostatecznie wyszło wg obrządku prawosławnego) i to chyba tak zestresowało Syna, że przez cały czas trwania obu wizyt przesiedział z dłonią w moim rękawie, szorując mnie po przedramieniu.

Obaj duszpasterze interesowali się bardziej życiem naszym niż naszego dziecka, toteż otrzymawszy odpowiedź, że chodzi do przedszkola, i że jest tam "fajnie", nie indagowali go dłużej. Widziałam wyraz ulgi na twarzy Adama, kiedy okazało się, że aby dostać kolorowy obrazek, nie musi nic powiedzieć, wystarczy podejść i wziąć go z ręki księdza. I choć zapomniał o "dziękuję", to nie omieszkał przyjrzeć się krytycznie obrazkowi i w końcu szczerze orzekł, że "ładny".

Adaś rozpoczął swoje życie religijne z gorliwością neofity. Ochrzanił mnie, że w domu nie czytamy Biblii, kazał sobie przynieść różaniec, by móc się pochwalić księdzu Piotrowi, że ma (zrehabilitować może za brak Pisma Świętego?), gorliwie namawiał nas rodziców do uczęszczania na coniedzielne msze i wytrzymywał te godziny bez szemrania.W domu zrobił przegląd "miejsc sakralnych" i pewnego dnia usłyszałam, jak przesuwa za kanapą ciężki wiklinowy kosz, wypełniony makulaturą gazetową. - Wiesz, po co tam poszedłem? - zapytał po chwili ciszy. - Nie. - Pomodlić się. - Dobrze, Synku. - Ale wiesz, czemu tam? - Nie. - Bo tylko tu jest krzyż na ścianie. Inne są nad drzwiami. Przecież nie będę klęczał w drzwiach, bo to głupio...

Trafna uwaga, Synku - pomyślałam. Ten krzyż na ścianie to Chrystus wystrugany z jakiejś rozwidlonej gałązki. Został po poprzednich lokatorach jako "ozdoba" przedpokoju i długo myślałam, że to zwykły patyk, dopóki nie przyjrzałam mu się pod światło. Przewiesiłam go zatem na białą ścianę dużego pokoju, by już nie było wątpliwości.

Ksiądz Piotr nauczył dzieci w przedszkolu "Zdrowaś Mario", ale "Ojcze nasz" już nie. Za to z okazji 1 listopada dzieci nauczyły się modlitwy za zmarłych następującej treści: "Wieczny odpoczynek RACZKI dać Panie, a światłość WIEKULISTA niechaj im świeci". Dołączył tym samym do grona katechetów (czy w ogóle nauczycieli), którzy nie dbają o to, by dziecko zrozumiało, a jedynie, by się nauczyło. Poprawiłam, wyjaśniłam. Przy okazji dodałam pogadankę o języku archaicznym, który różni się od współczesnego, i najlepiej to widać na przykładzie modlitw. Przy okazji również wyszło przekręcane niemal przez wszystkie dzieci "módl się za nami GRZECZNYMI".

Po około trzech miesiącach religijny zapał Adasia zaczął słabnąć. Już nie chciało mu się uczęszczać na coniedzielne msze, zwłaszcza jeśli mieliśmy jakieś atrakcyjne plany na świąteczne przedpołudnie, to po południu wolał pozostać w domu, niż uczestniczyć w liturgii, o znanym już schemacie, przez co przewidywalnej i... nudnej. Ponadto ksiądz Piotr przestał być autorytetem po incydencie z cukierkami. A było to tak...

Ksiądz przyniósł do przedszkola torbę cukierków i zapowiedział, że każde dziecko może sobie wziąć po dwa. Adaś chciał trzy. Ksiądz mu nie pozwolił. Młody napierał dalej, a ksiądz, myśląc, że to dziecko łakome i pazerne, nie ustępował. W końcu Adamek się rozpłakał ze złości i obrażony na księdza poszedł za regał. Tam znalazła go pani Basia i wypytała o powód płaczu. - Bo ksiądz nie chciał dać mi cukierkaaaa! - Przecież dostałeś dwa. - Ale nie chciał jeszcze jednego. - Przecież wszystkie dzieci dostały po dwa. - Ale mi są potrzebne trzy! - Do czego Ci są potrzebne? - Bo ja chciałem się podzielić z rodzicami. Mam jeden dla siebie, jeden dla mamy, a nie mam dla taty, uaaaa! - Idź i powiedz księdzu, po co ci ten dodatkowy cukierek - odesłała go w końcu Pani Basia.

Adaś podszedł do księdza Piotra. Wydukał w końcu, w czym problem. Ksiądz: - To ładnie z twojej strony, trzeba się dzielić. I dał mu kolejne dwa cukierki. A co na to Adaś: - Dwa mi nie są potrzebne, ja chciałem jeden. I obdarował pozostałym cukierkiem Elizę, która najwyraźniej miała na niego ochotę. Znam tę historię z relacji pani Basi i Adasia. Mimo że skończyła się dobrze, to Synkowi mały żal do katechety pozostał. A skąd miał biedny ksiądz od razu wiedzieć, czemu Adaś chce trzy cukierki, skoro dziecko mu tego wprost nie powiedziało?

Nie wiem, prawdę mówiąc, jak moje dziecko radzi sobie z Bogiem i z Kosmosem. Młody nie chce ze mną o tym rozmawiać. Kiedyś powiedziałam mu, że widzimy tylko Wszechświat, Niebo Boskie jest niewidzialne i chyba jakoś to sobie wytłumaczył, skoro nie pyta, nie drąży. Na wiarę lub na wątpliwości przyjdzie jeszcze czas.

niedziela, 15 stycznia 2012

Głupio tak w połowie stycznia pisać o świętach. Po jakże niefortunnym preludium w postaci opisywanego spóźnienia na jasełkowy występ i mojego późniejszego zatrucia się soczystą pomarańczą, Boże Narodzenie A.D. 2011 przebiegło bez zgrzytów. W wigilię pół dnia spędziłam na dyżurze w pracy, potem oboje z mężem po kolei i w konspirze przed resztą domowników "sprzątaliśmy w piwnicy", potem była kolacja, podczas której Adaś stwierdził, że za rok to on chce czerwony barszcz i pierogi zamiast grzybowej i śledzi, a potem św. Mikołaj dwa razy zapukał w drzwi balkonowe, podrzucając wór pełen prezentów dla całej rodziny. Adam zajął się składaniem ciężarówki Lego i mieliśmy go z głowy przez resztę wieczoru, mogąc się bezkarnie oddawać wyżeraniu świątecznych bakalii typu śliwki kalifornijskie :)

Pierwszy dzień świąt tradycyjnie spędziliśmy u teściowej, drugiego wyciągnęłam rodzinę na jasełka tradycyjne w wykonaniu rodziny Malików do Krzysztoforów, przy okazji obejrzeliśmy też powtórnie wystawę szopek krakowskich. W drodze powrotnej Adam się na mnie obraził, bo nie chciałam mu kupić nieświeżego obwarzanka i zbojkotował domowy obiad, oświadczając, że "pójdzie z tatą na obiad do baru". Oczywiście wszystkie nowohuckie bary w okolicy były zamknięte, więc panowie wrócili głodni i skruszony synek zjadł pozostałą z wigilii rybę bez słowa.

Na sylwestra wyekspediowaliśmy babcię do koleżanki na Śląsk. Ja przy jednym komputerze, bo znowu miałam dyżur (reszta towarzystwa z pracy jeszcze młoda jest, więc chęć do zabawy u niej większa niż u mnie), a Syn przy drugim, ciupiąc sobie po kolei w gierki na stronie lego.com. Oczywiście wszelkie próby nakłonienia go do popołudniowej czy wczesnowieczornej drzemki spełzły na niczym, toteż padł około 23.20, nie dotrwawszy do północy. Zbudziłam go na powitanie Nowego Roku, wiedząc, że gdybym tego nie zrobiła, to skończyłoby się wyciem i awanturą, zatem postawiłam go około 0.02 do pionu, co skończyło się... wyciem i awanturą. Młody był półprzytomny z niewyspania. To chciał ubierać się i gnać przed blok, to spazmował na odgłos wybuchu petardy za oknem. W końcu przeleżał ok. 10 minut na kanapie. wzniósł sokiem toast, spalił wraz ze mną kilka zimnych ogni i zasiadł na parapecie gotów do podziwiania fajerwerków. Ale już nie było na co patrzeć. Osiedlowi piromani zakończyli pokazy i wrócili do domów. Zrezygnowany zgodził się rozebrać i położyć do łóżka.

Nowy Rok mąż chciał uczcić na sportowo. Zaproponował wyprawę na ul. Kałuży, by obejrzeć coroczny trening Cracovii, a przede wszystkim stadion po remoncie (Wisłę już widział, chciał mieć porównanie). Przemaszerowaliśmy przez Błonia, a tam dzikie i tłumy w pasiastych czapkach i szalikach: dopijający pospiesznie resztki sylwestrowych trunków, emitujący smród siarki zarówno z butelek, jak i z petard, których z racji przepisów bezpieczeństwa nie mogli wnieść na stadion, wyjący przepitymi i ochrypłymi głosami kibicowskie songi...

Huknęło. Adaś spanikował i pociągnął mnie w głąb ul. Kałuży. Mąż popatrzył zdegustowany na ochroniarzy przetrząsających torby i rekwirujących napoje. Jakiekolwiek, nie tylko wysokoprocentowe. W torbie miał herbatę w termosie, ja bidon z sokiem dla Adama. Popatrzyliśmy na siebie: - Nieee, ta impreza zdecydowanie nie dla nas. - Wolę kameralny klimat Hutnika - mruknęłam.

- Wawel czy Salwator? - Salwator - zdecydował Młody i poszliśmy przez Zwierzyniec ku pętli, a potem dalej, na wzgórze świętej Bronisławy. Adam poczuł zew przygody. Maszerował dzielnie pod górę, tropiąc po drodze architektoniczne kurioza wśród zabudowy starego Salwatora. Kopiec Kościuszki był otwarty dla zwiedzających. Mały chłopiec koniecznie chciał się wdrapać na szczyt. Poszłam z nim, pilnując po drodze, by nie stoczył się po zboczu. Stanął dumnie przy kamieniu, odczytał napis "Kościuszce" i powiedział: - Mamo, teraz pokaż mi Kraków. Wskazałam kilka charakterystycznych budowli. Pochmurne niebo i lekka mgła utrudniały widzenie szczegółów. Kiedyś z Kwiatkowskim też pojechaliśmy w Nowy Rok na kopce. Najpierw Krakusa, potem Wandy. Chcieliśmy wtedy zdobyć wszystkie cztery, ale już na drugim dotkliwość kilkustopniowego mrozu kazała nam zmienić plany. Za rok może Kopiec Piłsudskiego?

A potem wzięłam dwa dni urlopu, co wraz ze świętem Trzech Króli i weekendem, dały mi prawie cały tydzień byczenia się u mamy. Adam przyspawał się do telewizora z Minimini, ja snułam się po pokojach, mąż walczył z siłą sygnału internetu w komórce, bym mogła raz na dobę zaktualizować fanpage jednego serwisu. Gdyby nie sporadyczne wizyty gości, to chyba popadłabym w jakiś stupor. Z odrętwienia umysłowego nie wyszłam zresztą do dziś. W ramach gimnastyki mózgu robię na żądanie gazetki z zadaniami z policjantami w roli głównej. Uch! 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 70