Ósmy rok Adama - zapisuje Mama
RSS
piątek, 13 czerwca 2014

Odpuściłam blogowo kawał życia. Wciągnął nas wir codzienności, zakręcił, a fale wyrzuciły dokładnie w tym miejscu, w którym mieliśmy wylądować rok temu. Adam od września będzie uczniem szkoły muzycznej w trybie dziennym! Nie robiąc sobie wielkich nadziei, postanowiłam zrobić drugie podejście do OSM. Usłyszałam: musi zdać egzamin ustny i z instrumentu. Pytam syna, czy czuje się na siłach i czy w ogóle chce spróbować. Powiedział, że tak. Woli chodzić do jednej szkoły niż do dwóch, a warunek ma jeden: jeśli będzie nadal mógł spotykać się z Konradem po lekcjach. To jedyna rodzina, gdzie mam telefony do obojga rodziców plus babci, więc żaden problem z umówieniem się, nawet codziennie. Odetchnął i razem zanieśliśmy dokumenty.

Przed finałową audycją muzyczną (koncert na zasadach egzaminu) miał ogromną tremę. Było żmudne powtarzanie utworów, nerwy, bo na dwa tygodnie przed terminem ręce nie współpracowały z głową i plątały się po klawiszach. Roztargnienie: zapominanie książek, nawet zeszytu z zadaniem domowym do odrobienia, gubienie ołówków i kredek. Nauczycielka pianina stopniowo wyciszała wewnętrzne rozedrganie: graj wolno, zapamiętuj, graj dokładnie, daj się ponieść muzyce, raz dwa trzy... Od tego występu zależała ocena, a także przyszłość, gdyż jego sposób gry miała również oceniać kierowniczka sekcji fortepianów, żeby już nie robić Adamowi indywidualnego przesłuchania pod kątem przeniesienia. W dniu audycji zaliczył jeszcze dyktando w podstawówce i sprawdzian z kształcenia słuchu w muzycznej - na 6 i na 5. Półtorej godziny czekał na swoją kolej. Wszedł na scenę znudzony słuchaniem tych samych utworów i zmęczony oczekiwaniem. Uszła z niego cała para, z którą wkraczał na salę koncertową. Zagrał program poprawnie, dość swobodnie, choć nie pokazał pełni swoich możliwości. Chyba zwyciężył praktycyzm i wolał zwolnić tempo, by się nie pomylić, niż zagrać z większym powerem, ryzykując omsknięcie się palca. Egzamin z fortepianu zaliczony na bdb.

Przez egzamin wstępny przeszedł jak burza. Nie musiał nawet zaśpiewać przygotowanej w domu piosenki o "zadumanej mamie". Wszystkie zadania z fortepianem wykonał bezbłędnie, czym zachwycił komisję i wprawił w dumę nauczycielkę, która była jednym z członków komisji, a która uczyła go przez ostatni rok. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam w szkole muzycznej, że mój syn jest zdolny, a nie tylko pracowity. Nie chciałam wierzyć w sukces, póki nie zobaczyłam nazwiska na liście przyjętych. A jednak się udało! Od września zatem zmiana szkoły. Oby tylko nowa klasa dobrze go przyjęła. 

Aktualizacja: Byliśmy na krótkim spotkaniu z nową wychowawczynią. Adasiowi się spodobała. Podobno klasa już wie o nowym chłopcu i koniecznie chce go poznać. Umówiliśmy się więc z panią, że przyjdzie ich odwiedzić jeszcze przed końcem roku. Zapowiada się nieźle.

środa, 19 marca 2014

- Mamo, a Wróżka-Zębuszka to bujda, co? - wypalił Młody znienacka, przynosząc ze szkoły swoja górną dwójkę w foliowej minisaszetce. "Oj, dzieciństwo się kończy! Potem przejdzie wiara w św. Mikołaja, a potem..." - nie dokończyłam galopujących myśli. - Ja myślę, że to robota rodziców - uzupełnił. - Bo niby gdzie taka wróżka mieszka? I skąd ma informacje o tym, komu wypadł ząb? I skąd zna jego adres? I skąd wie, jak trafić? I gdzie ona te wszystkie zęby trzyma? I jak da radę sama oblecieć w nocy wszystkie dzieci? - rozważał głośno. - To niemożliwe!

- Tak sądzisz? - odpowiedziałam. - Wiesz, ona ma takie urządzenie z GPS, które jej pika, gdy dziecku wypadnie ząbek i ona po tym GPS-ie trafia - bajeruję. - Ale skoro już w nią nie wierzysz, to pewnie do ciebie nie przyleci... - I nie dostanę żadnej kasy za mój ząb? - No nie... - Hm... Muszę się zastanowić. Wieczorem Adam schował swój ząbek pod poduszkę, a nazajutrz zamiast niego wyciągnął spod niej pieniążek. - A jednak była! - ucieszył się. - Przyniosła mi kasę, mimo że w nią zwątpiłem. Fajna jest ta Wróżka-Zębuszka. Wolę jak jest - mrugnął do mnie okiem. Czyli dalej gramy w tę grę. Ciekawe, kiedy przyjdzie czas na Mikołaja?

W szkole mieli dzień pod hasłem "Małe eliminacje teatralne". Każda klasa przygotowywała jakieś przedstawienie, z których potem wybierano najlepsze, ale ocenie podlegały tylko te z klas IV-VI. "Młodszaki" dostawały symboliczne wyróżnienia. Ib inscenizowała "Bal lalek", Adaś grał zapominalskiego Misia. Miał opory przed tą rolą, bał się ośmieszenia, nie był przekonany do kostiumu, ale ostatecznie udało się go pozytywnie nastawić do występu. Podobno wypadli świetnie. Ma być kiedyś powtórka przedstawienia dla rodziców. Czekam z niecierpliwością.

W nowy semestr nauki Adam rozpoczął rewelacyjnie. Zaczęły się pojawiać regularne szóstki z dyktand muzycznych, kolejne celujące ze sprawdzianu, w podstawówce same A i A z plusem. Bardzo ładnie wyrobił sobie rękę i pisze kształtne, równe literki. Matematyka bez problemów, podobnie polski, angielski, przyroda itd. Jedynie pianino wymaga więcej pracy. Zagranie z nut bez pomyłki z jednoczesnym pilnowaniem prawidłowego ustawienia łokcia, przegubu i palców nie zawsze się udaje. Są momenty, kiedy siada i gra jak natchniony, są i takie, gdy wielokrotnie ćwiczony utwór nie wychodzi i wciąż trzeba go powtarzać od nowa i od nowa. Gdyby nie upór i obowiązkowość Młodego, to byłby eksperyment skazany na niepowodzenie. Ale on ma taki charakter, że się nie poddaje. Jest złość, są łzy, ucieczka, a po czasie podjęcie na nowo wyzwania. Może nie jest zdolny, jeśli chodzi o grę, ale niesamowicie pracowity i to się przekłada na jego osiągnięcia. Gra aktualnie utwór o stopniu trudności na klasę II i radzi sobie. 

Łapię się czasem na tym, że za dużo od niego wymagam. Przyzwyczaił mnie do świetnych ocen, ale nie musi być przecież zawsze najlepszy. Adam brał ostatnio udział w konkursie przyrodniczym "Świetlik". Prawdopodobnie minimum na dwa pytania odpowiedział źle. Jedno, bo niedostatecznie skupił się na rozumieniu treści polecenia, a drugie klasycznie skopał. Zdziwiłam się, jak dziecko, któremu czytałam tyle książek edukacyjnych, mogło zaznaczyć, że w elektrowni wytwarza się światło, a nie prąd. Adaś odebrał moje uwagi jako straszny zawód, który mi zrobił. Rozpłakał się w drodze do domu. - Cholera, co ja robię! - zreflektowałam się błyskawicznie. Położyłam się z nim na kanapie, wyprzytulałam, wygłaskałam. Powiedziałam, że to w sumie nie jest takie ważne, że od tego konkursu nic nie zależy i że przepraszam za to moje marudzenie, bo sprawa nie jest warta tego, by ją tak roztrząsać. Moim problemem przez całe życie była niska samoocena, która nie wzięła się znikąd i nie mogę dopuścić do tego, by Adam czuł się mniej wartościowy przez to, że nie spełnił jakichś tam moich oczekiwań. Wielu rodziców popełnia ten błąd. Widzę, że muszę się bardzo, ale to bardzo pilnować.

niedziela, 16 lutego 2014

Motyw przewodni z filmu "Lego Przygoda (Movie)" ryje beret i już nie możesz się od niego uwolnić. Miałby szansę zostać wielkim przebojem w jakimś radiu "Kreska hit". Już widzę te rytmiczne podrygiwania ludzików działających wg instrukcji współczesnych prezesów Biznesów, szefowych Mamon i specjalistów od HR i PR mówiących "jak żyć". Cholera, ciężko dziś być Architektem swoich marzeń.

Adam zachwycony oczywiście warstwą fabularno-wizualną obrazu, i przyznam sama, że film dobrze zrobiony, a poza tym daje trochę dorosłym do myślenia. Uświadomiłam sobie, ile to razy marudziłam Młodemu, że zestawy klocków są w częściach, a nie poskładane wg instrukcji. To najszybszy krok do zabijania kreatywności. Obiecałam sobie, że już nie będę, a przynajmniej nie tak często.

Ten film obejrzany w kinie to był żelazny punkt naszego programu na ferie. Jako że nigdzie nie wyjeżdżaliśmy na dłużej, starałam się Adamowi maksymalnie zrekompensować siedzenie w Krakowie. Śnieg zaczął topnieć w błyskawicznym tempie od pierwszego dnia wolnego, więc popłynęły plany zjeżdżania z górki pod NCK. Musiałam znaleźć alternatywę. A ja nie byłabym sobą, gdybym nie skorzystała z ofert muzeum. I tak: zaliczyliśmy wykład o historii teatru w Nowej Hucie w placówce MHK na Słonecznym, zajęcia "Uroczystości koronacyjne Jagiellonów" na Wawelu, gry i zabawy w Domu Zwierzynieckim, ostatnie warsztaty półrocza w ramach Akademii Małego Odkrywcy w Aptece pod Orłem, zajęcia "Mózg, Sztuka i Nauka" w MCK; zabrakło sił na Muzeum Armii Krajowej.

Do tego Młody z tatą obejrzeli przedstawienie "Super Piotruś Pan" w ramach Festiwalu Teatrów Dziecięcych w NCK, pojechali na basen do Wieliczki, a ja zaszalałam i wyciągnęłam syna na "Balet o kawie" do Teatru Ludowego, Nawet mu się podobało, mimo że całe przedstawienie składało się z układów tanecznych do muzyki J. S. Bacha.

Na Wawelu zajęcia odbywały się w Skarbcu, u podnóża Szczerbca, w Katedrze przy konfesji św. Stanisława i w salce edukacyjnej, gdzie dzieci inscenizowały uroczystość koronacyjną. Adamowi przypadła rola Arcybiskupa, który był właściwie mistrzem całej ceremonii i miał najwięcej do powiedzenia. Dzielnie uniósł rolę, mimo że była dla niego zaskoczeniem i udało mu się nawet nie potknąć w przydługiej szacie. Byłam pod wrażeniem. W Domu Zwierzynieckim bawiliśmy się kapitalnie, gdyż jako stali bywalcy i sympatycy tego miejsca otrzymaliśmy pozaprogramowe warsztaty indywidualne. Graliśmy w cymbergaja, kapsle i w pikuty, rzucaliśmy skarpetową piłką i pieniążkiem do celu. Kupiłam katalog z wystawy i Młody miał ubaw czytając słowniczek gwary przedmiejskiej. Wiecie, co to znaczy "walić w klarnet"? (Przy okazji nowej lektury syna musiałam się wyłgać, że "dom publiczny" to rodzaj obskurnej kawiarni). W Aptece pod Orłem więcej było zabawy niż martyrologii. Na koniec robiliśmy świeczki, malując szklanki farbą witrażową (znów, podobnie jak po warsztatach szopkarskich, straszyłam krwawymi zaciekami na palcach), następnie prowadzący dosypywał wiórków woskowych, a na koniec odczytywaliśmy tekst zapisany alfabetem sympatycznym. Po serii pożarów, jaką spowodowali starsi chłopcy (ugaszonych zanim włączyły się czujniki) stwierdziłam, że trzymaniem kartki nad płomieniem zajmę się ja :)

Odwiedziliśmy też przedszkole. Adam z sentymentu uronił łezkę. Dawne wychowawczynie przepytały go na okoliczność nowych szkół i sprawdziły z umiejętności gry na pianinie. Młody nie skrewił i zagrał z pamięci "Piosenkę o konikach polnych". Raz na totalnie rozstrojonym pianinie, drugi na stojąco. Obie panie plus dyrektorka niezależnie od siebie zaproponowały mu na wiosnę występ w przedszkolu. Adaś nie odmówił. Może jeszcze Alę, która jest w szkole muzycznej, uda się dokooptować i będzie "koncert absolwentów".

Jeszcze wspomniane kino, jeszcze pizza w walentynki, jeszcze zabawa w Anikinie, gdzie spotkali się dwaj starzy kumple Adasie dwaj i szaleli przez dwie godziny, bawiąc się w "dawno temu w odległej galaktyce". Jeszcze zachwyt igrzyskami w Soczi i godziny spędzane przed telewizorem na oglądaniu poszczególnych konkurencji, niekoniecznie musieli brać w nich udział Polacy. Jeszcze ja pojechałam do Warszawy, którą nie zdążyłam poddychać, gdyż siedziałam albo w biurowcu, albo w kawiarni (dzięki Iza za spotkanie). Tylko dwukrotne przebieganie wzdłuż PKiN-u dało mi odczuć, że jednak jestem w stolicy. Rozmowa z szefostwem owocna, idzie ku lepszemu. Jeszcze trochę przeczytanych książek. Nie da się zaprzeczyć, to były najbardziej czadowe ferie w życiu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83