Ósmy rok Adama - zapisuje Mama
RSS
poniedziałek, 27 stycznia 2014

Spadł dawno wyczekiwany śnieg i udało się nam zaliczyć wczoraj pierwszą sannę. Górka za NCK jeszcze słabo dośnieżona, spod przybrudzonej warstwy wystają połamane badyle i komfort zjeżdżania mniej niż średni. Poszliśmy więc od strony schodów przy głównej auli i tam, pomimo dość stromych muld było całkiem znośnie. Wypróbowaliśmy nowe sanki - trzeba przyznać dość stabilne - oraz plastikowe "jabłuszko", choć z kształtu należałoby je nazwać "szufelką". Nawet ja na nim zjechałam, gdyż Adam wręczył mi bezceremonialnie i powiedział: - Zjedziesz? Chyba że masz za duży tyłek... Wszyscy dorośli w tym momencie zaczęli gapić się na moje tyły. No cóż, nie wypadało zrobić inaczej, niż udowodnić, że tyłek całkiem dobrze się mieści na zielonym ślizgaczu i pomknąć w dół po wybrzuszeniach terenu.

Wychowawczyni Adasia zaliczyła "bliskie spotkanie pierwszego stopnia z ziemią" i od czwartku jest na zwolnieniu lekarskim. Dzieciaki mają zastępstwa. Młody nie jest zbyt szczęśliwy z tego powodu. To jednak radykalne zburzenie ustalonego porządku i zwyczajnie tęskni za panią.

Na występy z okazji Dnia Babci i Dziadka przyjechała babcia Marysia. Impreza szkolna się udała, w domu na całe popołudnie Adam zaangażował babcię do gier planszowych o niezbyt skomplikowanej instrukcji, a ja mogłam spokojnie dłubać w komputerze. Weekend wcześniej zaliczyliśmy rodzinną wizytę u prababci.

Rano podczas przygotowywania śniadania Adaś pyta, czy posoliłam jajko. Ja na melodię "O sole mio" śpiewam "Posolę ci je". Młody przysłuchuje się moim wyczynom wokalnym, a potem stwierdza: "Czasami jesteś krejzi. Ale i tak cię kocham".

A ja tymczasem wystawiłam pierwszą w życiu fakturę, a pierwszego dnia ferii, jeśli tylko pogoda nie pokrzyżuje planów, wybieram się służbowo do stolicy. Poza tym powrócił porzucony dawno temu pomysł czynnego zaangażowania społecznego w życie dzielnicy i ma szansę na urealnienie. Ciekawe, czy i co z tego wyjdzie.

PS Zamiast "hosanny" na niedzielnej mszy Adam usłyszał "to sarkazm na wysokości".

wtorek, 14 stycznia 2014

Zorientowawszy się, że na niektórych zdjęciach, z gładko zaczesaną do tyłu fryzurą, zaczynam wyglądać jak własna babcia, wparowałam do osiedlowego zakładu fryzjerskiego. Pokazawszy okładkową fotografię Małgorzaty Rejmer z aktualnie czytanego "Bukaresztu", powiedziałam: "Chcę mniej więcej taką grzywkę, tylko ciut krótszą. I włosy też trochę krótsze niż u tej pani na zdjęciu". No to fryzjerka ciachnęła. Wyszłam młodsza o kilka lat, ale jednocześnie z uczuciem, że kogoś z tą fryzurą przypominam. Wątpliwości rozwiały koleżanki na zumbie: - Jak Kleopatra, tylko tych czarnych kresek przy oczach brakuje. Zatem dziś już włosy związane. Gęsta grzywa fajna, tylko na resztę włosów nie mam pomysłu. Adam powiedział, że ładnie, ale tak jakoś bez przekonania, ale on jest typem inż. Mamonia - lubi i podoba mu się to, co zna. Kiedyś powiedział mi, że gdybym zoperowała sobie mój wielki pieprzyk, to by mnie bez niego nie rozpoznał (sic!).

Adam zdobywa pierwsze oceny półroczne. Z religii bdb. Z rytmiki i kształcenia słuchu też po piątce. Te dwie ostatnie oceny cieszą szczególnie. Ja natomiast wypowiedziałam wojnę pani dyrektor z podstawówki, ale to temat na odrębną notkę i opiszę go po spotkaniu z przewodniczącym Rady Dzielnicy, na które jestem umówiona w piątek. Przypuszczam, że zmącę trochę dobre samopoczucie dyrektorki w tym roku. Ja jako rodzic nie mam nic do stracenia, a Adam jako świetny uczeń sam się obroni. Oby tylko wychowawczyni Adasia nie miała przeze mnie nieprzyjemności. Mam już dosyć patrzenia na fasadę szkoły, która wygląda jak trumna, a dyrektorka twierdzi, że jest w porządku i że jeszcze 10 lat może wytrzymać. Tylko za 10 lat ta szkoła może już przestać istnieć, bo mało kto będzie chciał do niej zapisać swoje dziecko, patrząc na ten syf dookoła. 

Akcja wyprzedaży starych klocków Lego na allegro zakończyła się nadspodziewanym sukcesem. W zamian kupiłam Adamowi pierwszy statek powietrzny z serii Star Wars. Młody testuje moją wiedzę o "Gwiezdnych Wojnach". Powiedziałabym, że ja na półrocze mam dostateczny.

czwartek, 09 stycznia 2014

Mam już regon, wczoraj kupiłam sobie uniwersalną pieczątkę w markecie. Pierwsza inwestycja w "firmę", hehe. W pracy wysyłam maile w rodzaju "czy może Pan w tytule zamienić "k..." na "prostytutki?" i dostaję odpowiedź "a "dziwki" mogą być?", więc przed osiągnięciem stanu totalnej głupawki chroni mnie rodzina. Przychodzi Adam ze swoimi atłasowymi policzkami, przytula i już osiągam stan równowagi psychicznej. Wygląda na to, że będę mieć teraz wolne weekendy, co bardzo lubię: wysypianie się, nieśpieszną krzątaninę, domowe porządki, nawet gotowanie.

Jest czas, żeby zaplanować jakieś zajęcia na mieście: pozostajemy wierni comiesięcznym koncertom dla dzieci w Filharmonii Krakowskiej oraz cyklowi Akademia Małego Odkrywcy w Muzeum Historycznym. Ostatnio malowaliśmy gipsowe płytki mające przypominać kafle i wyszedł z tego niezgorszy obrazek, który można by powiesić na ścianie, w niedzielę idziemy na zajęcia o krakowskiej architekturze. Byliśmy też na warsztatach szopkarskich i chętnie je powtórzymy. Adam malował witraże (anioła i choinkę) do tekturowej szopki przygotowywanej przez dzieci pod okiem Anny Malik. Będzie ją po 25 stycznia można zobaczyć na pokonkursowej wystawie szopek.

Niechętny pracom plastycznym w domu, na zajęciach bez szemrania chwyta za pędzel czy klej i działa. Lubię patrzeć na ten wysunięty język, który jest oznaką twórczego zaangażowania. Co ciekawe, podczas gry na pianinie Młody nie wyciąga języka, natomiast łapie oddechy w rytm utworu, jakby miał wyśpiewać, a nie zagrać daną frazę muzyczną. Cieszę się, że zaraziłam Adama pasją muzealną, że się nie nudzi podczas oglądania wystaw i warsztatów. Pod koniec grudnia zabrałam go na Wieżę Ratuszową. Większym przeżyciem było dla niego wchodzenie i schodzenie po stromych schodach, gdzie za poręcze służył łańcuch, niż widoki roztaczające się z okna wieży. A przy pięknej słonecznej pogodzie było na co popatrzeć.

Lubię Kraków z perspektywy jego wież, zagadki w rodzaju "rozpoznaj budynek po dachu", nakładania się na siebie architektury dawnej i współczesnej, mniej lub bardziej udanych połączeń, czucie podskórnego tętna miasta, które na pozór jest nieruchome. Patrząc, dziwię się: oto tu jestem; tak pokierowałam życiem, czy też ono mną, żeby spełnić dziecięce marzenie "mieszkać w Krakowie". 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83