Ósmy rok Adama - zapisuje Mama
RSS
czwartek, 21 listopada 2013

Tak jakoś niespodziewanie doszło do przewrotu, rewolucji na skalę, jakiej dotąd nie było. Dla mnie ta sytuacja wciąż jest nowa, ale powoli się przyzwyczajam. Otóż ADAM MA KOLEGĘ. Niby nic nadzwyczajnego, ale dotąd z reguły bawił się samotnie, niemający rodzeństwa, odseparowany z racji miejsca zamieszkania od rówieśników z przedszkola, nieznający miejscowych dzieci. Tymczasem po dwóch miesiącach wspólnego siedzenia w ławce między Adamem a Konradem wreszcie "zaskoczyło" i zaczęli się integrować także poza szkołą. Jeszcze we wrześniu czy październiku wcale nie rozmawiali ze sobą w szkolnej szatni, tylko każdy zajmował się swoim workiem z butami i szedł do domu, bez oglądania się na drugiego. Październikowe temperatury sprawiały, że chłopcy mieli okazję spotkać się na osiedlowym placu zabaw (Konrad ma tu babcię), a potem, już w listopadzie doszło spontanicznie do wizyty domowej (najpierw Adaś u babci Konrada, potem Konrad u nas, wreszcie Adaś w domu Konrada na sąsiednim osiedlu) i... poszło!

Chłopaki umawiają się teraz prawie codziennie (z wyj. dni, kiedy Adam ma szkołę muzyczną), grają w gry na cztery ręce, bawią się Lego i gadają o rzeczach, które mnie niespecjalnie fascynują, czyli komputerowych gierkach. Wypuszczam syna samego z domu, pozwalam biec do sąsiedniego bloku bez nadzoru, zgadzam się na to stukanie w gierki, bo wiem, że to jest ich świat, ich dzieciństwo, teraźniejsze fascynacje. Oczywiście kontroluję, w co grają i limituję czas. Po 2 godzinach jest "game over" i nie ma zmiłuj. Fajne jest to, że chłopaki w ogóle się nie kłócą (jak dotąd). Pamiętam spotkania z Drugim Adasiem - zawsze w którymś momencie wybuchała awantura, foch, niezgoda, zawsze obaj szukali interwencji u rodziców, bo niby chcieli się pogodzić, a nie potrafili, bo żaden nie chciał ustąpić. W przypadku Adama i Konrada tego problemu nie ma: albo są jako 7-latkowie bardziej dojrzali, albo dopasowali się pod wzgl. temperamentów. Razem w ogóle nie są inwazyjni, nie muszę mieszać się do ich spraw, Wchodzę do pokoju, żeby podrzucić coś do picia, jedzenia, obwieścić koniec gry i mogę spokojnie wycofać się do swojej pracy. Trochę mi jeszcze dziwnie, kiedy dziecka nie ma w domu, bo jest u kolegi. Czas pędzi. Kończy się dzieciństwo, jeszcze trochę i nastąpi faza buntu, stracę przynajmniej część autorytetu na rzecz kolegów. Przyjaźń Adama z innym dzieckiem dała mi bardziej odczuć to, że syn dorasta niż jego pójście do szkoły. Już nic nie będzie takie samo. I tak powinno być.

środa, 23 października 2013

...do szczęścia.

Październik przyniósł sporo zmian. Kolega z pracy postanowił się zwolnić i trzeba było przejąć jego dyżury pospołu z koleżanką, która do tej pory obstawiała tylko weekendy. W akcie desperacji zaproponowałam męża jako "uzupełniacza" i o dziwo, ta kandydatura została przyjęta natychmiast. Zatem biznes powoli przeradza się w bardzo rodzinny :) Ponadto od nowej szefowej dostałam propozycję "nadzoru" nad stroną za dodatkową kasę w zamian za "uziemienie" i służbowy telefon z pakietem internetowym, żeby wszędzie móc być online. Propozycja była z gatunku tych nie do odrzucenia. Cały czas zastanawiam się, czy wiszę na sieci za dużo czy za mało?

Gonię więc w piętkę z obecnym podziałem dyżurów, ale jakoś wszystko ogarniam. Pogoda sprawia, że jadę na bateriach słonecznych i dużo więcej energii niż podczas zimnych wrześniowych dni. W niedzielę poszłam z Adamem na plac zabaw. Graliśmy ponad godzinę w ping ponga, trochę w piłkarzyki. W tenisa szło mu coraz lepiej, w końcu osiągnęliśmy poziom ok. 10 wymiennych odbić zanim piłeczka spadła ze stołu. To już jest świetny partner go gry! Adam był zachwycony "doskonałym popołudniem". Dzień wcześniej odwiedziła go ciocia. Grali razem w internetową gierkę, bawili się ludzikami lego, gonili za piłką (ciocia na obcasach!) i zrobili "nalot" na mieszkanie studenckie drugiej cioci, a tam podczas spaceru spotkali pasące się konie z pobliskiej stadniny. To był "weekend marzeń", jak potem powiedział synek.

Wczoraj tata namówił nas na działkę. Mąż w tym sezonie zaniedbał nieco prace ogrodnicze na rzecz budowlanych. Skonstruował samodzielnie, bez niczyjej pomocy, tradycyjny aczkolwiek całkiem zgrabny wychodek. Wczoraj został komisyjnie przetestowany przez najmłodszego członka rodziny i się sprawdza :) Ponadto Kwiatkowski budował z desek stoły i ławki, na co jego rodzeństwo spoglądało nieco sceptycznie, bowiem meble są niewątpliwie solidne, ale wizualnie nieco toporne, no i ciężkie do przenoszenia. Docenią je pewnie dopiero podczas przyszłorocznego grillowania.

Na działce grabiliśmy liście, wyszukiwaliśmy orzechy (nieliczne), Adam walczył z wyimaginowanym wrogiem. Potem zrobiliśmy ognisko. Z kiełbaskami, pieczonymi ziemniakami i chlebkiem. Ja swój przydział paskudnie przypaliłam, ale dla mnie im bardziej zwęglone, tym lepsze. Udało się jednak uratować nieco kiełbasy w stanie nadającym się do spożycia przez Młodego. Było nastrojowo, Adasiowi też udzielił się ogniskowy czar. Siedzieliśmy przytuleni na ławeczce zrobionej przez tatę. To wystarczyło, żeby poczuć się szczęśliwym.  

 

czwartek, 17 października 2013

Adam został wyznaczony jako reprezentant klasy do ślubowania klas pierwszych. Pani obiecała tę funkcję dzieciom, które osiągną najlepsze wyniki w nauce i zachowaniu, więc Młody poczuł się dowartościowany za swoje dotychczasowe starania. Przez cały miesiąc przeżywał jedno "A-" za szparę w wyklejanej ilustracji, jako ujmę na honorze, i wściekał się, kiedy ciocie żartobliwie pytały, czy ma już jedynkę, bo "uczeń bez jedynki to nie jest prawdziwy uczeń". On chce być zawsze na A, a najlepiej na A z plusem, i już!

Stał zatem obok koleżanki z wyciągniętą dłonią w kierunku sztandaru i z megapoważną miną powtarzał "ślubuję". Jakoś daleka byłam w tym momencie od wzruszeń. Przedstawienie, które odegrały dzieci z obu pierwszych klas, raziło częstochowskimi, infantylnymi rymami; w szkolnej świetlicy, gdzie odbywała się uroczystość, było tak siermiężnie, że nie udało się zbudować nastroju wyjątkowości tej chwili. Na szczęście Adam, będący w środku całego wydarzenia, przeżywał to inaczej niż ja, i chwała Bogu.

Po ślubowaniu, sesji zdjęciowej dziesiątek komórkowych fotoreporterów, dzieciaki poszły do klasy na poczęstunek. Znów ponarzekam, ale było koszmarnie drętwo. Zabrakło krzeseł dla rodziców, więc stali wianuszkiem z tyłu klasy, patrząc jak maluchy jedzą i piją, a żaden się nie ruszył, żeby np. pomóc wlać dziecku sok z 2 litrowego kartonu. Byłam jedyna, obok nauczycielki, która podeszła do stoliczków. Reszta stała i się gapiła. Potem zostały raptem 3 osoby, żeby pomóc wychowawczyni posprzątać, porozstawiać stoliki i krzesła. Jakiś taki brak naturalnych odruchów społecznych w tym gronie.

Młody zaaklimatyzował się w tej klasie na dobre. Nawet wskazał już kilka osób, które chciałby zaprosić na swoje przyszłe urodziny. Dziewczyn w tym gronie na razie nie ma :) Mieli już imprezę integracyjną z okazji Dnia Chłopaka, zapoznali się wtedy z klasą równoległą. Adam przyniósł dyplom za II miejsce w zaplataniu warkocza (sic!) i za I w konkursie wiedzowym, w którym rywalizował o palmę pierwszeństwa z chłopcem z Ia, ale w końcu uznano remis. Cieszy mnie, że jest asertywny. Opowiadał o "aferze", kiedy 4 chłopców z klasy zrobiło sobie klasyczną "kibolską ustawkę" i wymieniwszy nazwy ulubionych krakowskich drużyn piłkarskich, zaczęli się naparzać na środku klasy. Jedynie on i jego kumpel z ławki, Konrad, nie dali się wciągnąć kolegom w tę głupią "zabawę", która dla reszty skończyła się uwagami w dzienniczku i negatywnym zachowaniem w tym dniu. Bałam się, że Adam będzie pod wpływem silniejszych fizycznie kolegów, a jednak nie boi się im sprzeciwić, więc trochę mi ulżyło. Nie wiem, jak będzie dalej, na razie to są dzieci, ale już teraz widać, że z dwóch chłopców mogą wyrosnąć niezłe ancymony. Dwa razy pojechałam z nimi na basen jako opiekunka, więc mogłam się im dobrze przyjrzeć. I nie upilnowałam Oskara. Strzeliło coś do łebka i z trybun rzucił do basenu kilka monet. Wcześniej przeklinał pod prysznicem, a śpiewanie przez niego i Kacpra kibolskich piosenek w autobusie to norma :(

Od początku roku szkolnego Adam stracił 2 zęby, oczywiście w sposób naturalny. W kolejce jest rozchwiana druga górna jedynka. Niestety następcy rosną słabiutko. Czekam z utęsknieniem na nową "klawiaturę", bo dzieci szczerbate wcale nie wydają mi się słodkie, tylko paskudne. Przyzwyczaiłam się do bezzębnego syna, ale nie zachwycają mnie jego gołe dziąsła i bardziej chyba niż on nie mogę się doczekać nowych jedynek. Te są pożądane w przeciwieństwie do tych szkolnych :)

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83