Ósmy rok Adama - zapisuje Mama
RSS
piątek, 20 września 2013

Nie spodziewałam się tak łatwego wejścia w szkolne tryby. Plan mamy ustalony: w poniedziałki i czwartki szkoła muzyczna, w pozostałe dni tylko podstawówka. Udaje nam się ze wszystkim zdążyć, odrobić, przećwiczyć. Adam błyszczy na tle klasy (wg relacji wychowawczyni), jedynie manualnie trochę mniej sprawny. Grupa musi nieraz na niego czekać, aż skończy jakieś zadanie czy pracę plastyczną. Bo on musi dokładnie i się nie spieszy. Bo czasem buja w obłokach i kredka nieruchomieje mu w ręku. Wysoko reaktywny. "Skup się, skup się, skończ już, nie przedłużaj" - mamroczę w domu, kiedy co rusz przerywa odrabianie lekcji, żeby mi coś powiedzieć, co jest kompletnie oderwane od tematyki zadania domowego. Nie jęczy przy pisaniu, nie skarży się, że dużo, bo właściwie nie ma na co. Wychowawczyni nie zadaje na weekendy, z dnia na dzień też nie przesadza. Zatem odrabianie ćwiczeń zadanych przez panią od kształcenia słuchu odbywa się też bezboleśnie. Nawet jeśli jest to pisanie kluczy wiolinowych w linijkach.

Pani od fortepianu pracuje na razie nad prawidłowym ustawieniem ręki Adasia. Po kursie w NCK posiadł świetną umiejętność czytania nut, natomiast grał rozcapierzonymi palcami, co nie powinno mieć miejsca. Pani Joanna ćwiczy więc układanie dłoni w "łódeczkę", by wystawały kostki, by chowały się odskakujące i sterczące małe paluszki, by dłonie nie opierały się na desce itp. Adam ma, jak się okazało, dość elastyczne nadgarstki, więc nie gra w sposób usztywniony i można mu te nieprawidłowe ustawienie rąk na klawiaturze skorygować. Pilnuję go podczas ćwiczeń, ale niestety tylko pod kątem prawidłowego ułożenia, a jak zagra fałszywy dźwięk, to nie zauważę. Na szczęście on sam się pilnuje i mówi mi, kiedy się pomylił. Nauczycielka wie o moim defekcie muzycznym, uśmiecha się wyrozumiale i jak dotąd, nie zapytała jeszcze o typ instrumentu jaki mamy w domu. Ciekawe, czy zakłada, że mamy klasyczne pianino, czy to kompletnie nie jest dla niej istotne, na czym dziecko gra?

Nie udaje się tylko chodzić spać o "przyzwoitej" porze, czyli przed 21. Rano Adam potem dosypia do oporu, mnie szkoda go budzić, a od 7.30 zaczyna się poranna "kołomyjka", żeby na 7.55 dobiec do szkoły. Myślę sobie teraz, co by było, gdybyśmy dojeżdżali do SP 37: chyba byśmy się permanentnie spóźniali, albo musiałabym narzucić żelazną dyscyplinę, że pobudka najpóźniej o 6.30. Mąż mi do dziś nie może darować, że wybrałam na początku opcję z dojazdami na Stalowe. A ja nie żałuję. Gdybym od razu zapisała Adama do SP 80, trafiłby zapewne do klasy Ia, natomiast stało się tak, że wylądował z przypadku w Ib, która jest mniej liczna i ma świetną wychowawczynię. Szkoły nr 80 jako takiej nadal nie lubię i po 3. klasie najchętniej przepisałabym Adasia do muzycznej, jeśli tylko będzie taka możliwość. To byłoby idealne rozwiązanie, ale czas pokaże, czy realne. 

 

 

czwartek, 12 września 2013

Namnożyło nam się ostatnio imprez. Anikino ma w naszym rejonie miasta zdecydowanie najlepszą ofertę, jeśli chodzi o przyjęcia urodzinowe, więc to tam odbywa się większość kinderparties, na jakich bywamy. We wrześniu byliśmy już na 2, a w kolejce jeszcze trzecie. Adasia zaprosił jego najlepszy przyjaciel Drugi Adaś, kolega z przedszkola Tomek, koleżanka (też z przedszkola) Maja i, podejrzewam, po intensywnym wrześniu przyjdą długie miesiące posuchy. Bo w szkole, do której poszła znaczna grupa z Adasiowego przedszkola zawiążą się nowe przyjaźnie i dawni kumple zapomną o chłopcu z Nowej Huty, natomiast nowi koledzy Adama jeszcze nie uznają go za "swojego", by zapraszać na urodzinowe czy inne imprezy.

Młody trudno nawiązuje nowe przyjaźnie. Kiedy pytam go o szkołę, opowiada, co było na lekcjach, natomiast o kontaktach rówieśniczych mówi skąpo albo prawie wcale. Pytam go o Konrada, kolegę z ławki, w co lubi się bawić. A Adam na to, że nie wie. - To nie rozmawiacie ze sobą?! - Rozmawiamy, ale nie o zabawie. - To o czym? - Nie pamiętam. Innego dnia: - Fajni są ci nowi koledzy z klasy? - O, co ci chodzi? - Czy lubisz z nimi przebywać, rozmawiać? - Nie wiem. Zatem ja też nie wiem: dobrze się czuje w tej klasie czy nie.

Trochę tęskni za starymi kolegami, dlatego te imprezy urodzinowe, które, poza jedną, wyskoczyły trochę nie spodziewanie, bardzo go cieszą. Odlicza dni do kolejnych spotkań, szaleje na nich i z żalem rozstaje się z dziećmi, które zna i lubi. Najchętniej zrobiłby powtórkę swojej imprezy urodzinowej, która odbyła się w czerwcu. Z poślizgiem z powodu braku możliwości wynajęcia wybranej salki w majowym terminie, potem z powodu długiego weekendu z Bożym Ciałem, 5 czerwca spełniliśmy marzenie Adama - zorganizowaliśmy przyjęcie dla dzieci. Dzieci było sporo - czternastka - bo Młody chciał zaprosić wszystkich chłopców z przedszkolnej grupy plus kilka ulubionych dziewczynek (dwóch chłopców nie przyszło). Poszliśmy na żywioł - bez animatora - gdyż Adaś twierdził, że tylko przeszkadza w zabawie. Obyło się bez większych strat, choć była jedna bójka (podobno w obronie dziewczynki) i raz trzeba było interweniować w baseniku z kulkami, bo naparzali się nimi zdecydowanie za mocno.

Nad tortem biedziłyśmy się z mamą cały poprzedni wieczór, ale wyszedł tak jak chciał Adam - w kształcie głowy czarnego ninja. Chusta była ciemnoczekoladowa, twarz z żółtego lukru, oczy i brwi z czekoladowych dodatków do dekoracji ciast. Tort zrobił odpowiednie wrażenie, choć dzieciaki i tak nie chciały go jeść. Zawsze tak jest: tort musi wyglądać, a smak komentują rodzice, bo to oni konsumują niezjedzone porcje swoich pociech. Wszyscy opiekunowie gadali o szkole, gdyż w tym czasie odbywało się zebranie organizacyjne w podstawówce na Dąbiu, jak i w niedoszłej szkole Adama - SP 37, na które wysłaliśmy babcię. Dzieci kompletnie wtedy o szkole nie myślały. Mimo, że impreza odbywała się poza domem, to odetchnęłam, kiedy już minęła. Jednak stres był, i to niemały. Adaś się bardzo cieszył, z prezentów, z zabawy, w ogóle z tego, że miał urodziny w Anikinie. Ciekawe, czy za rok będzie myślał o powtórce i kogo zechce zaprosić. Na pewno o 15. dzieci nie będzie już mowy.

niedziela, 08 września 2013

Dwa rozpoczęcia roku szkolnego. Adaś z obojgiem rodziców wystrojony w weselny garniturek, nowiutki krawat, marynarkę i letni kaszkiet zmierza do szkoły. Pstryk, pstryk - babcia uwiecznia ten historyczny moment. Wchodzimy do sali gimnastycznej. Widzimy chłopca dzierżącego nad głową tabliczkę z napisem "Ib". Adaś siada na ławce, obok swojej nowej koleżanki, my z Kwiatkowskim przystajemy z tyłu. Wchodzi poczet sztandarowy, rozlega się pierwsza zwrotka hymnu. Do refrenu nie dotrwałam - rozbeczałam się, patrząc na kochaną, okrągłą główkę gdzieś tam z przodu. Myślałby kto, że to patriotyczne uniesienie, ale nic z tych rzeczy - ot, matczyne wzruszenie, że jej dziecko dorosło i rozpoczyna swój pierwszy w życiu rok szkolny. - Dobrze, że go tu obok nie ma - chlipałam mężowi w rękaw. - Bo zdziwiłby się, że mama płacze, a on nie. Kilka głębokich wdechów i już uśmiecham się na występach trzecioklasistów.

Klasopracownia nowością nie grzeszy, ale jest osławiony dywanik z tyłu i są szafki, w których dzieci będą przechowywać podręczniki i przybory plastyczne. Do Ib zapisanych jest 17 osób. Wychowawczyni odczytuje listę obecności - brakuje 4 osób, które pozostaną nieobecne do końca tygodnia. I prawdopodobnie tak już zostanie - kameralne, 13-osobowe grono. Chłopców jest pięciu. Wychowawczyni robi dobre wrażenie - to dzieci, nie rodzice, są w centrum jej uwagi, i to im przekazuje karteczki z planem lekcji i pierwsze informacje organizacyjne. Adaś słyszy, że będą zajęcia komputerowe i basen. Już pierwszego dnia oświadcza, że lubi swoją szkołę.

Babcia daje wnukowi tzw. tytę - rożek ze słodyczami, który jest popularnym prezentem dla pierwszaków za naszą zachodnią granicą, a w Polsce na Śląsku. Pstryk, pstryk! Ściągamy strój galowy, by za 6 godzin włożyć go ponownie. Idziemy na drugie rozpoczęcie roku. 

Sala koncertowa nie mieści wszystkich słuchaczy - uczniów i rodziców. Nie ma tradycyjnej oprawy - pocztu sztandarowego, hymnu. Wychodzą za to starsi uczniowie i zapowiadają występy: dwie skrzypaczki, wiolonczelistka z towarzyszeniem fortepianu. Adaś przysypia. Potem rozsiada się orkiestra i momentalnie wszyscy podrywają się na siedzeniach: huknął mazur ze "Strasznego Dworu" Stanisława Moniuszki. Dyrektor w swojej przemowie 80% czasu poświęcił agitacji, by głosować na szkolną orkiestrę w konkursie na FB. Wychodzimy z poczuciem bałaganu organizacyjnego, bowiem zdołałam się tylko dowiedzieć nazwisko nauczycielki instrumentu, a idea podziału na grupy w PSM jak była, tak dalej okazuje się mglista. Nie ma żadnych wzruszeń, za to lekki wkurw.

W pierwszy zwyczajny dzień szkoły Adam oznajmił, że siedzi w ławce z Konradem, że kupiłam mu złe książki do religii (na szczęście udało się wymienić - księgarnia As ze Stalowego jest wspaniała!), że nie dałam mu tekturowej teczki i że myślał, iż nie zapakowałam mu drugiego śniadania, ale na szczęście (chyba dla mnie) je znalazł. Drugiego dnia przyniósł pierwszą pracę domową: jedną stronę szlaczków - zrobił je w miarę starannie i bez bólu ręki (hurra, wakacyjny trening przyniósł efekty) i pierwsze oceny A (obowiązuje system ocen A, B, C). Trzeciego dnia trochę histeryzował przy odrabianiu, ponieważ miał narysować swój portret, a jako skończony perfekcjonista, chciał narysować siebie wiernie, co mu się oczywiście nie udało, więc cała rodzina musiała perswadować, że portret jest świetny i A się za niego należy (naturalnie, że ocenę A otrzymał). Czwartego dnia pojechali na basen w ramach zajęć w-f. Wrócił zachwycony i po tygodniu też oświadczył, że lubi swoją szkołę.

W czwartek udało mi się ustalić plan w szkole muzycznej i uczestniczyć w spotkaniu klasowym. Chyba będzie dobrze. Zaszkolenie odbyło się bezboleśnie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83